Ta strona używa plików cookies, aby zapewnić najlepszą jakość korzystania z naszego serwisu oraz do celów analitycznych. Klikając "Akceptuję", wyrażasz zgodę na używanie wszystkich plików cookies. Możesz również odrzucić zgodę, co spowoduje zablokowanie plików cookies analitycznych. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.
Alerty na wschodzie Polski zakłócają pracę i biznes. Firmy czekają na wspólne procedury
Ewakuowano między innymi pracowników i petentów podkarpackiego NFZ, a w szkołach przerwano lub zmieniono organizację zajęć.
Na dwóch lotniskach wstrzymano loty, jeden rejs do Lublina czasowo przekierowano do Krakowa.
Handel i część przedsiębiorców czekają na jednolite zasady postępowania podczas alarmów.
Samo uruchomienie syren nie oznacza automatycznego zamknięcia każdego zakładu pracy.
Sponsorowane
Odkryj rewolucyjną metodę nauki języków
Sprawdź jak w 30 dni opanować podstawy dowolnego języka obcego bez wychodzenia z domu.
Czwartkowy alert Rządowego Centrum Bezpieczeństwa dotyczący zagrożenia atakiem z powietrza wywołał odczuwalne zakłócenia w codziennym funkcjonowaniu południowo wschodniej Polski. Na dwóch lotniskach wstrzymano loty, ewakuowano część urzędów i szkół, a w Sanoku na krótko przerwano pracę w kilku zakładach. Dla administracji i firm był to sprawdzian procedur, które w wielu miejscach nie są jeszcze jednolite. Przedsiębiorcy zwracają uwagę, że powtarzające się alarmy mogą wpływać nie tylko na bezpieczeństwo pracowników, lecz także na organizację pracy, obsługę klientów i lokalną gospodarkę.
Ewakuacje urzędów i zmieniona organizacja zajęć
Ponad 200 osób znalazło się przed budynkiem podkarpackiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia przy ulicy Zygmuntowskiej w Rzeszowie. Urzędnicy i petenci zostali ewakuowani na około 30 minut po uruchomieniu syren alarmowych. W szkołach uczniowie schodzili do piwnic albo przemieszczali się na korytarze, z dala od okien. W kilku zakładach w Sanoku praca została czasowo wstrzymana. Takie sytuacje pokazują, że alert oddziałuje na wiele obszarów jednocześnie. Zmiana organizacji zajęć wymaga zaangażowania nauczycieli i rodziców, a ewakuacja urzędu oznacza czasowe ograniczenie obsługi mieszkańców.
Podkarpacki NFZ został czasowo ewakuowany, przed budynkiem zgromadziło się ponad 200 osób.
W szkołach uczniowie schodzili niżej lub przechodzili w miejsca oddalone od okien.
Na dwóch lotniskach czasowo wstrzymano loty.
W Sanoku na krótko przerwały pracę wybrane zakłady.
Różne oceny sposobu reagowania
Słownik artykułu
Pojęcia, które warto znać
Krótkie objaśnienia terminów występujących w tekście. Każde hasło prowadzi do szerszej definicji i przykładów użycia.
Rzecznik podkarpackiego NFZ Rafał Śliż wyjaśniał, że w razie alertu przeciwlotniczego pierwszym wyborem powinien być schron albo miejsce doraźnego schronienia. Jeśli nie ma do nich dostępu, zalecane jest zejście do piwnicy lub na najniższą kondygnację, możliwie daleko od okien i przeszkleń. W budynkach z dużą powierzchnią szkła pozostanie wewnątrz może wiązać się z ryzykiem zranienia odłamkami, dlatego w określonych warunkach należy rozważyć opuszczenie obiektu i znalezienie bezpiecznego miejsca na zewnątrz. Według NFZ w Rzeszowie taką funkcję pełnił otoczony drzewami trawnik. Krytyka dotyczyła między innymi zgromadzenia dużej grupy osób w jednym miejscu. Śliż odpowiadał, że decyzje powinny wynikać z wiedzy ekspertów, procedur i oceny sytuacji, a nie z anonimowych opinii w internecie.
Biznes działa, ale brakuje jednolitych zasad
Marcin Piotrowski z Podkarpackiej Regionalnej Organizacji Turystycznej ocenił, że podczas czwartkowego zdarzenia „egzaminu nie zdaliśmy”. Jego zdaniem bezpieczniejszym rozwiązaniem w wielu budynkach może być pozostanie wewnątrz i zejście jak najniżej, z zastosowaniem reguły dwóch ścian. Wskazywał też, że w razie powtarzających się alarmów część instytucji może czasowo ograniczać pracę, dzieci mogą opuszczać szkoły, a rodzice będą musieli zorganizować im opiekę. Oznaczałoby to dodatkowe obciążenie dla firm i gospodarstw domowych, nawet jeśli nie doszłoby do bezpośrednich szkód materialnych.
Na potrzebę systemowych rozwiązań zwraca uwagę także handel. W sieci Biedronka podczas alarmu nie zamykano sklepów i nie przeprowadzano ewakuacji. Przedstawiciele sieci podkreślali jednak, że potrzebne są zasady wspólne dla całej branży, niezależnie od szyldu. Oznacza to konieczność wypracowania rozwiązań obejmujących różne formaty sklepów i sytuacje, w których pracownicy muszą jednocześnie zadbać o klientów, zapasy oraz własne bezpieczeństwo. Sieci nie chcą podejmować takich decyzji całkowicie samodzielnie.
W Lublinie po alertach po wytyczne zgłosili się pojedynczy przedsiębiorcy. Biuro prasowe prezydenta miasta nie otrzymało informacji o masowym wstrzymywaniu działalności lub ewakuowaniu pracowników przez lubelskie firmy. Nie doszło też do istotnych zakłóceń w funkcjonowaniu Portu Lotniczego Lublin. Jeden z rejsów został czasowo przekierowany do Krakowa, lecz po ponownym otwarciu przestrzeni powietrznej samolot przyleciał do Lublina z pasażerami na pokładzie.
Część przedsiębiorców ignoruje alerty
Reakcje firm i mieszkańców nie były jednolite. W rozmowach z przedsiębiorcami z Lubelszczyzny pojawiały się deklaracje, że syreny i wiadomości ostrzegawcze nie wpływają na ich decyzje. Właściciel punktu wymiany opon we Włodawie mówił, że alerty go nie obchodzą. W jednym z tartaków usłyszano, że nikt się nie ewakuuje, choć przedsiębiorca przyznał jednocześnie, że od dwóch lat przyjeżdża tam znacznie mniej ludzi. Piotrowski, który prowadzi z żoną agroturystykę około 10 kilometrów od granicy z Ukrainą, wskazuje, że postrzeganie tego obszaru jako niebezpiecznego przekłada się na wyraźnie mniejszą liczbę turystów.
Rozmówca podkreśla, że część osób nie chce być budzona w nocy informacjami o atakach na Ukrainę i nie chce otrzymywać kolejnych alertów. Jego zdaniem może to prowadzić do zobojętnienia i wypierania zagrożenia. Dla biznesu problemem jest nie tylko sam moment alarmu, lecz także niepewność dotycząca tego, jak długo potrwa przerwa w pracy i jakie obowiązki będą mieli pracodawcy. Jeśli procedury nie są jasne, każda firma może podejmować inną decyzję, a pracownicy mogą otrzymywać sprzeczne komunikaty.
Marcin Piotrowski zwraca uwagę, że szczególnej uwagi wymagają zakłady związane z infrastrukturą krytyczną, między innymi wodociągi, przepompownie i obiekty energetyczne. Ich pełna ewakuacja może być trudna, ponieważ przerwanie pracy mogłoby zakłócić dostawy podstawowych usług. W takich miejscach procedury muszą uwzględniać zarówno ochronę pracowników, jak i konieczność utrzymania działania systemów. Podinspektor do spraw bezpieczeństwa publicznego w gminie Chełm Robert Chełmicki przypomina, że uruchomienie syren nie oznacza automatycznego zamknięcia urzędu ani wszystkich przedsiębiorstw na terenie gminy. Sygnał jest ostrzeżeniem, a dalsze działania zależą od charakteru zagrożenia, oficjalnych komunikatów i procedur obowiązujących w danym zakładzie.
W przypadku realnego zagrożenia priorytetem pozostaje ochrona życia i zdrowia. Pracownicy powinni przerwać wykonywane czynności i udać się do możliwie najbezpieczniejszego dostępnego miejsca, jeśli wymagają tego okoliczności, a następnie czekać na dalsze informacje lub odwołanie alarmu. Donald Tusk mówił w Sejmie o konieczności przygotowania opinii publicznej i administracji na trudne scenariusze w kolejnych miesiącach. Wskazywał również na ryzyko, że drony lub pociski mogą wlatywać na terytorium państw wschodniej flanki i powodować zniszczenia, nawet jeśli później zdarzenie byłoby przedstawiane jako przypadkowe. Dla polskich firm oznacza to potrzebę uporządkowania zasad komunikacji, ochrony pracowników i utrzymania kluczowych usług, bez automatycznego zakładania, że każdy alarm będzie oznaczał całkowite zatrzymanie gospodarki.