W nocy ze środy na czwartek, podczas rosyjskiego ataku na Ukrainę, w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt. Do jego rozpoznania i przechwycenia skierowano myśliwiec F-16, jednak obiekt zniknął z radarów. Premier Donald Tusk przekazał później, że najprawdopodobniej była to rosyjska, uzbrojona rakieta Ch-101. Jak zaznaczył, nie ma powodów, by sądzić, że jej celem była Polska. Zapowiedział jednocześnie zbadanie zdarzenia, w tym reakcji państwa i instytucji obrony cywilnej.
Obiekt był śledzony przed przekroczeniem granicy
W debacie publicznej pojawiły się pytania, dlaczego rakieta nie została zestrzelona. Mjr rez. pilot Michał Fiszer ocenił w rozmowie z PAP, że zarzut, jakoby Polska pozostawała biernym obserwatorem, jest bezzasadny. Według niego pocisk, który spadł na południe od Lublina, był wcześniej obserwowany przez stronę ukraińską. Ukraińskie lotnictwo miało przeprowadzić nad swoim terytorium nieudany atak myśliwcem, a następnie przekazać Polsce informacje o trasie pocisku.
Ekspert twierdzi, że polskie radary obserwowały jeszcze nad Ukrainą zarówno rakietę, jak i ukraiński samolot myśliwski. Samolot miał odlecieć od celu około 20 sekund przed momentem, w którym pocisk przekroczyłby polską granicę. W tej sytuacji oddanie strzału przez polski myśliwiec w kierunku Ukrainy było obarczone ryzykiem. Rakieta mogłaby bowiem trafić w ukraiński samolot zamiast w przechwytywany pocisk.
Myśliwce i systemy obrony były w gotowości
Michał Fiszer podkreślił, że polskie środki obrony powietrznej pozostawały w pełnej gotowości bojowej od początku zmasowanego ataku na Ukrainę. Z 32. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Łasku wysłano w rejon przygraniczny parę uzbrojonych myśliwców F-16C. Z 22. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Malborku wystartowała para uzbrojonych MiG-29, która zabezpieczała obszar od strony północnej. Według przywołanych przez eksperta doniesień w rejonie działała także para niemieckich Eurofighterów z Taktisches Luftwaffengeschwader 31 Boelcke.