Ta strona używa plików cookies, aby zapewnić najlepszą jakość korzystania z naszego serwisu oraz do celów analitycznych. Klikając "Akceptuję", wyrażasz zgodę na używanie wszystkich plików cookies. Możesz również odrzucić zgodę, co spowoduje zablokowanie plików cookies analitycznych. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.
Milionerzy z głównej ulicy. To oni zmieniają obraz amerykańskich nierówności
W USA działa około 3 mln właścicieli prywatnych firm, których średni majątek szacowany jest na około 25 mln dolarów.
Firmy przepływowe zwiększyły udział w amerykańskim dochodzie biznesowym z około jednej piątej w 1980 roku do ponad połowy w 2011 roku.
Ponad połowę wzrostu udziału dochodów przypadających na najbogatszy 1 proc. powiązano z firmami przepływowymi.
Największe fortuny powstają między innymi w usługach prawnych i finansowych, handlu samochodami, konsultingu, gastronomii i opiece zdrowotnej.
Sponsorowane
Odkryj rewolucyjną metodę nauki języków
Sprawdź jak w 30 dni opanować podstawy dowolnego języka obcego bez wychodzenia z domu.
Kiedy w Stanach Zjednoczonych mówi się o wielkim majątku, uwaga zwykle koncentruje się na miliarderach z Doliny Krzemowej, Wall Street albo świata nowych technologii. Tymczasem znaczną część bogactwa kontroluje grupa znacznie mniej widoczna. To właściciele kancelarii prawnych, gabinetów dentystycznych, salonów samochodowych, restauracji, firm konsultingowych i zakładów produkcyjnych. Nie budują oni koniecznie rozpoznawalnych marek ani nie pojawiają się regularnie w mediach, ale łącznie mają więcej majątku niż osoby znajdujące się na liście 400 najbogatszych Amerykanów według magazynu Forbes.
Bogactwo ukryte poza Doliną Krzemową
To główny wniosek książki The Everywhere Millionaire, napisanej przez ekonomistów Erica Zwicka i Owena Zidara. Autorzy przez ponad dekadę badali, kto znajduje się na szczycie amerykańskiego rozkładu dochodów i z jakich źródeł pochodzi jego majątek. Ich analiza podważa uproszczoną opowieść, według której współczesna nierówność jest przede wszystkim efektem spektakularnych fortun kilku miliarderów. Owszem, miliarderzy są najbardziej widoczną częścią amerykańskiej elity majątkowej. Nie wyczerpują jednak obrazu.
W centrum tej historii znajdują się tak zwani milionerzy z głównej ulicy, czyli właściciele prywatnych przedsiębiorstw działających w zwyczajnych, często lokalnych branżach. Prowadzą sieci restauracji, sprzedają samochody, świadczą usługi prawne i finansowe, zarządzają salonami kosmetycznymi albo pracują jako lekarze i dentyści we własnych praktykach. Niektórzy dorobili się dzięki lepszej ofercie, ciężkiej pracy i umiejętnościom. Inni wykorzystali swoją pozycję do wpływania na przepisy, podatki i warunki konkurencji.
Autorzy książki szacują, że w Stanach Zjednoczonych jest około 3 mln właścicieli takich prywatnych firm.
W 1980 roku firmy przepływowe generowały około jednej piątej dochodu amerykańskich przedsiębiorstw, a w 2011 roku już ponad połowę.
Najwyżej na liście branż znajdowały się usługi prawne i finansowe, a dalej między innymi dealerzy samochodowi, konsultanci, restauracje, księgowi i dentyści.
Dlaczego długo było ich trudno dostrzec
Problemem nie był wyłącznie brak zainteresowania mediów. Przez lata badacze nie dysponowali wystarczająco dobrym połączeniem danych o przedsiębiorstwach i ich właścicielach. Informacje o osobach rozliczających podatki znajdowały się w jednym zbiorze, a dane o firmach w innym. Bez połączenia tych źródeł trudno było odpowiedzieć na podstawowe pytania: które rodzaje działalności wypychają właścicieli do najwyższych grup dochodowych, jakie branże generują największe fortuny i jaką część zysków firmy płacą w podatkach.
Nad stworzeniem takiego zbioru pracowali między innymi Danny Yagan, Owen Zidar i Eric Zwick. W 2014 roku, świeżo po studiach doktoranckich, trafili do amerykańskiego Departamentu Skarbu. Starsi koledzy nazywali ich Trzema Amigos, a sami żartobliwie przyjęli nazwę Tax Ninjas. Ich zadaniem było uporządkowanie i połączenie milionów rekordów dotyczących firm prywatnych oraz osób, które je posiadały. Ostatecznie powstał zbiór obejmujący ponad 11 mln przedsiębiorstw i ponad 22 mln właścicieli.
Nowe dane uzupełniły wcześniejszy obraz nierówności
Wcześniej badacze korzystali między innymi z badania finansów gospodarstw domowych prowadzonego przez Rezerwę Federalną. Fed co trzy lata pyta około 5 tys. amerykańskich rodzin o ich sytuację finansową. To ważne źródło, ale próba jest niewielka w porównaniu z administracyjnymi bazami danych. Dodatkowym problemem jest to, że zamożne osoby niechętnie uczestniczą w badaniach. Według autorów książki współpracuje tylko około jedna na dziesięć osób zaproszonych do udziału, a uczestnicy przekazują wyłącznie informacje, które chcą ujawnić.
Drugim punktem odniesienia była lista Forbes 400. Pokazuje ona najbogatszych Amerykanów i ich rodziny, ale opiera się głównie na informacjach publicznych oraz obejmuje tylko sam szczyt hierarchii majątkowej. Z kolei badania Thomasa Piketty'ego, Emmanuela Saeza i ich współpracowników wykazały, że udział dochodu przypadający najbogatszemu 1 proc. wzrósł od lat 70. Ich dane podatkowe pokazywały skalę koncentracji dochodów, ale nie wskazywały dokładnie, jakie przedsiębiorstwa generowały te pieniądze. Połączenie danych firmowych z danymi właścicieli pozwoliło wypełnić tę lukę.
Najważniejszym elementem odkrycia Tax Ninjas były przedsiębiorstwa przepływowe. Można o nich myśleć jak o kancelarii należącej do prawnika albo restauracji prowadzonej przez właściciela franczyzy. Zyski takiej firmy przechodzą do właściciela i są wykazywane w jego osobistym zeznaniu podatkowym. To inny mechanizm niż w tradycyjnej korporacji typu C, w której podatek od zysków płaci sama spółka.
Do firm przepływowych zalicza się między innymi jednoosobowe działalności, spółki osobowe i spółki typu S. Politycy często opisują je zbiorczo jako małe firmy, ale skala części z nich jest znacznie większa. Przedsiębiorstwo może mieć formę prywatnej działalności, a jednocześnie generować bardzo duże dochody i zapewniać właścicielowi majątek porównywalny z fortuną kojarzoną z dużymi korporacjami. Prywatny charakter takich firm sprawiał, że przez długi czas były trudniejsze do zbadania niż spółki giełdowe.
Znaczenie tego sektora rosło przez kilka dekad. W 1980 roku firmy przepływowe odpowiadały za około 20 proc. dochodu amerykańskich przedsiębiorstw. W 2011 roku generowały już ponad połowę takiego dochodu, więcej niż wszystkie tradycyjne korporacje w Stanach Zjednoczonych razem wzięte. Według autorów właśnie ten wzrost jest kluczowy dla zrozumienia, dlaczego coraz większa część dochodów trafiała do najzamożniejszej części społeczeństwa.
Nierówności napędzają nie tylko wielkie korporacje
Zwick twierdzi, że od lat 80. firmy przepływowe odpowiadały za ponad połowę wzrostu udziału dochodu przypadającego najbogatszemu 1 proc. Podobny wniosek dotyczy najbogatszego 0,1 proc. Oznacza to, że analiza nierówności nie może ograniczać się do wynagrodzeń prezesów, zysków giełdowych i fortun założycieli firm technologicznych. Duża część dochodów na szczycie rozkładu pochodzi z prywatnych firm, które działają w usługach i handlu, często bez rozpoznawalności typowej dla globalnych przedsiębiorstw.
Lista branż, które najczęściej prowadziły właścicieli do najwyższych grup dochodowych, różniła się od oczekiwań badaczy. Zidar i Zwick zakładali, że znajdą przede wszystkim współczesne odpowiedniki magnatów z epoki wielkich fortun przemysłowych, czyli przedsiębiorców z technologii, finansów i energetyki. Dwie pierwsze pozycje rzeczywiście zajmowały usługi prawne i finansowe. Na trzecim miejscu znaleźli się jednak dealerzy samochodowi, na czwartym konsultanci, a na kolejnych między innymi restauracje, księgowi, firmy zajmujące się produkcją wyrobów metalowych oraz dentyści.
W przytoczonym zestawieniu restauracje zajmowały dziewiąte miejsce, księgowość dziesiąte, produkcja wyrobów metalowych i różna działalność produkcyjna trzynaste, a usługi dentystyczne dwudzieste pierwsze. Taki układ zmienia sposób patrzenia na bogactwo. Nie jest to wyłącznie historia właścicieli fabryk, kopalń, elektrowni czy platform cyfrowych, którzy inwestują kapitał i czerpią z niego zyski. W wielu przypadkach majątek powstał dzięki połączeniu pieniędzy z osobistą wiedzą, reputacją i pracą właściciela.
Dobrym przykładem jest chirurg prowadzący prywatną praktykę. Wartość jego przedsiębiorstwa nie wynika wyłącznie z pieniędzy zainwestowanych w lokal, sprzęt i personel. Równie ważne mogą być jego umiejętności, doświadczenie, kontakty oraz reputacja. Ekonomiści określają taki zestaw cech mianem kapitału ludzkiego. Podobny mechanizm może działać w kancelarii, gabinecie dentystycznym, firmie konsultingowej albo restauracji, której sukces zależy od wiedzy i decyzji właściciela.
W jednym z wczesnych badań zatytułowanym Capitalists in the Twenty First Century autorzy, razem z ekonomistą Departamentu Skarbu Matthew Smithem, śledzili firmy i ich właścicieli w czasie. Analizowali między innymi sytuacje, w których właściciel przechodził na emeryturę albo umierał. Z przytoczonych wyników wynikało, że zyski firm przepływowych po odejściu właściciela wyraźnie spadały. To wskazuje, że część wartości przedsiębiorstwa była związana nie tylko z aktywami, ale bezpośrednio z konkretną osobą.
Majątek oznacza także wpływ na politykę
Książka nie przedstawia milionerów z głównej ulicy ani jako jednoznacznych bohaterów, ani jako jednorodnej grupy czarnych charakterów. Część z nich pasuje do opowieści o przedsiębiorcach, którzy zaczynali z niewielkimi zasobami i wzbogacili się, oferując klientom lepsze produkty lub usługi. Z drugiej strony autorzy opisują przypadki, w których zamożni właściciele wykorzystywali swoją pozycję do kształtowania polityki publicznej w sposób korzystny dla własnych firm.
Chodziło między innymi o skuteczne starania o obniżenie obciążeń podatkowych. W wielu branżach właściciele walczyli także o przepisy i regulacje, które chroniły ich zyski albo podnosiły koszty ponoszone przez konsumentów. Nie oznacza to, że każda firma przepływowa działa w ten sam sposób. Oznacza jednak, że przy analizie wpływu politycznego nie należy skupiać się wyłącznie na kilku najbardziej znanych miliarderach. Duża, rozproszona grupa właścicieli prywatnych firm również może dysponować znaczącą siłą oddziaływania.
Zwick porównuje bohaterów książki do protagonistów opowieści, którzy nie zawsze są postaciami pozytywnymi. To trafne podsumowanie złożonej roli tej grupy. Milionerzy z głównej ulicy mogą być przedsiębiorcami tworzącymi miejsca pracy i świadczącymi potrzebne usługi, ale jednocześnie mogą zabiegać o zasady ograniczające konkurencję lub zmniejszające ich podatki. Ich znaczenie dla gospodarki wynika nie tylko z wielkości majątku, lecz także z tego, że są właścicielami firm działających w wielu sektorach i społecznościach.
Najważniejsza lekcja płynąca z opisanych badań dotyczy sposobu mierzenia bogactwa. Jeżeli analiza opiera się wyłącznie na publicznych rankingach miliarderów, nie pokazuje dużej części osób znajdujących się wysoko w rozkładzie dochodów i majątku. Właściciele prywatnych kancelarii, praktyk medycznych, salonów samochodowych czy sieci restauracji mogą być znacznie mniej widoczni, ale ich łączny udział w gospodarce i polityce jest bardzo duży. To właśnie dlatego autorzy nazywają ich ukrytymi bogatymi.