Ta strona używa plików cookies, aby zapewnić najlepszą jakość korzystania z naszego serwisu oraz do celów analitycznych. Klikając "Akceptuję", wyrażasz zgodę na używanie wszystkich plików cookies. Możesz również odrzucić zgodę, co spowoduje zablokowanie plików cookies analitycznych. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.
Sąd nakazał Trumpowi przywrócić dostęp mediom. Ekspert ostrzega przed autocenzurą
Sąd nakazał przywrócenie dziennikarzom dostępu do Białego Domu po decyzji administracji Donalda Trumpa.
Ekspert Gene Policinski uważa, że prezydent próbuje kontrolować przekaz, wybierając przychylne media i odsuwając krytyczne redakcje.
Największym długoterminowym zagrożeniem ma być autocenzura, której opinia publiczna może nie zauważyć.
Według badania Freedom Forum 68 proc. Amerykanów popiera kontrolną funkcję mediów.
Sponsorowane
Odkryj rewolucyjną metodę nauki języków
Sprawdź jak w 30 dni opanować podstawy dowolnego języka obcego bez wychodzenia z domu.
Donald Trump przegrał przed sądem jedną z kolejnych odsłon konfliktu z amerykańskimi mediami. Sąd nakazał jego administracji przywrócić dostęp do Białego Domu dziennikarzom trzech redakcji, których wcześniej usunięto z siedziby prezydenta. Decyzja nie kończy jednak sporu o to, kto i na jakich zasadach może relacjonować działania amerykańskiej władzy. Gene Policinski, ekspert do spraw wolności mediów z Freedom Forum, ocenia, że administracja Trumpa chce mieć możliwie dużą kontrolę nad przekazem dotyczącym prezydenta i jego otoczenia.
Sąd przywrócił dostęp do Białego Domu
W opisywanej sprawie administracja Donalda Trumpa wyrzuciła w piątek z Białego Domu dziennikarzy trzech redakcji. Następnie sąd nakazał przywrócić im dostęp. Policinski zwraca uwagę, że sam prezydent miał przyznawać, iż taki zakaz może nie obronić się w postępowaniu sądowym. Mimo to zdecydował się go wprowadzić. W ocenie eksperta pokazuje to, że decyzja mogła mieć znaczenie nie tylko praktyczne, lecz także polityczne i komunikacyjne.
Podobny spór dotyczy Associated Press, jednej z największych agencji informacyjnych na świecie. Donald Trump zakazał jej dziennikarzom wstępu do Gabinetu Owalnego oraz na pokład Air Force One. Ta sprawa nadal toczy się przed sądami. Według Policinskiego oba przypadki wpisują się w szerszy wzorzec działania, który był widoczny już podczas pierwszej kadencji Trumpa. Prezydent krytykował wówczas media, określając je jako wrogów publicznych, a obecnie ponownie reaguje na publikacje i relacje, które uznaje za nieprzychylne.
Kontrola przekazu zamiast całkowitego uciszania
Policinski podkreśla, że Donald Trump nie próbuje całkowicie odciąć się od mediów. Prezydent chętnie rozmawia z dziennikarzami i udostępnia im siebie oraz przedstawicieli administracji, ale przede wszystkim tym redakcjom, które uważa za przychylne. Krytyczne media określa mianem fałszywych wiadomości. Zdaniem eksperta trafniej jest więc mówić o próbie kontroli niż o prostym uciszaniu. Władza może wpływać na przekaz przez wybieranie jednych redakcji, odsuwanie innych oraz wykorzystywanie instytucji państwa do wywierania presji na właścicieli mediów.
Słownik artykułu
Pojęcia, które warto znać
Krótkie objaśnienia terminów występujących w tekście. Każde hasło prowadzi do szerszej definicji i przykładów użycia.
Dostęp do prezydenta i administracji jest ważnym narzędziem pracy dziennikarzy, ponieważ umożliwia zadawanie pytań i niezależne relacjonowanie wydarzeń.
Odsuwanie krytycznych redakcji może ograniczyć liczbę źródeł, z których opinia publiczna czerpie informacje o decyzjach władz.
Wybieranie przychylnych mediów nie musi oznaczać całkowitego braku kontaktu z prasą, ale może prowadzić do kontrolowania tego, jakie pytania i relacje trafiają do odbiorców.
Presja na właścicieli mediów może skłaniać redakcje do ostrożniejszego podejmowania tematów dotyczących administracji.
Największe zagrożenie może pozostać niewidoczne
Bezpośrednie zakazy dla mediów mają widoczne skutki. Gdy dziennikarze nie mogą wejść do Białego Domu, nie mogą również nagrywać słów prezydenta, dopytywać go o szczegóły ani uzyskiwać informacji od przedstawicieli administracji w zwykłym trybie. Opinia publiczna traci wtedy dostęp do niezależnych źródeł dotyczących ważnych decyzji i wydarzeń. Tego rodzaju ograniczenia mogą zostać jednak ujawnione, opisane i zakwestionowane, między innymi przed sądem.
W dłuższej perspektywie poważniejszym problemem może być autocenzura. Jeśli redakcje zaczną rezygnować z pogłębionych materiałów, ponieważ obawiają się nacisków, utraty dostępu albo konsekwencji dla swoich właścicieli, część tematów może w ogóle nie trafić do opinii publicznej. W takim przypadku odbiorcy nie będą wiedzieli, że nie zostali o czymś poinformowani. Zakaz jest widoczny i może wywołać sprzeciw. Autocenzura odbywa się najczęściej poza opinią publiczną, a jej istnienie może ujawnić dopiero sygnalista lub osoba znająca kulisy działania redakcji.
Wolne media są potrzebne wyborcom
Zdaniem Policinskiego sporu nie należy sprowadzać wyłącznie do sytuacji dziennikarzy. Stawką jest także dostęp obywateli do zróżnicowanych, nieskrępowanych i wolnych od rządowej kontroli informacji. W demokracji media pełnią funkcję kontrolną, ale ich relacje mogą być jednocześnie przychylne, neutralne albo krytyczne wobec władzy. Odbiorcy powinni mieć możliwość porównywania różnych przekazów i oceniania ich rzetelności na podstawie źródeł, którym ufają. Dopiero wtedy mogą podejmować świadome decyzje polityczne.
Ekspert ocenia, że odbieranie akredytacji i zakazy wstępu na teren Białego Domu utrudniają pracę dziennikarzy, ale największym zagrożeniem jest odcięcie opinii publicznej od różnorodnych źródeł informacji. W Polsce Stany Zjednoczone długo postrzegano jako państwo o silnych instytucjach, zdolnych powstrzymać osoby próbujące je osłabić. Druga kadencja Trumpa i jego determinacja pokazują jednak, że sama siła instytucji nie rozwiązuje problemu. Ich działanie zależy również od tego, czy społeczeństwo, sądy i media będą reagować na próby ograniczania niezależności.
Ochrona prawna pozostaje, ale wymaga obrony
Policinski uważa, że obecnie amerykański system polityczny i prawny nadal zapewnia wolności mediów wystarczająco silną ochronę. Zastrzega jednak, że ocena mogłaby się zmienić, gdyby w przyszłości pojawiły się nowe ustawy albo Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych dokonał radykalnego zwrotu w swoim orzecznictwie. W jego opinii obecne zakazy, agresywna retoryka władz i próby wywierania presji wymagają czujności, ale litera prawa oraz dotychczasowe wyroki chroniące Pierwszą Poprawkę pozostają nienaruszone.
Ekspert przypomina, że wolność słowa nie jest prawem danym raz na zawsze. Każde pokolenie musi odpowiadać na nowe pytania o granice tej wolności i sposoby jej ochrony. Historia Stanów Zjednoczonych zawiera przykłady prób ograniczania krytyki władzy. Siedem lat po ratyfikacji Pierwszej Poprawki Kongres wraz z administracją prezydenta Johna Adamsa uchwalił w 1798 roku ustawę Sedition Act. Przepisy wprowadzone w związku z zagrożeniem wojną z Francją uznawały krytykę prezydenta i parlamentu za przestępstwo. Ustawa wygasła po trzech latach, wywołując silny sprzeciw społeczeństwa i okazując się politycznym fiaskiem.
W ocenie Policinskiego tamto doświadczenie przez ponad dwa stulecia wzmacniało amerykańską odporność na próby ograniczania wolnej prasy. Obecna sytuacja ponownie stawia jednak pytanie o granice władzy prezydenckiej i rolę instytucji, które mają chronić niezależne dziennikarstwo. Wyniki badania Freedom Forum opublikowane 22 września pokazują, że większość Amerykanów nadal popiera tradycyjną funkcję kontrolną mediów. Tylko 17 proc. badanych uważa, że rząd powinien decydować, którzy dziennikarze mogą uczestniczyć w oficjalnych konferencjach prasowych na podstawie wcześniejszych materiałów lub poglądów. Jednocześnie 68 proc. popiera kontrolną rolę mediów. Zdaniem eksperta jest to sygnał, że Amerykanie nie chcą prasy uległej wobec władzy, lecz mediów, które mogą zadawać trudne pytania i niezależnie oceniać działania administracji.