Ceny jedzenia na lotniskach od lat są powodem irytacji pasażerów. W analizowanych przykładach tabliczka czekolady była droższa o 120 proc., jogurt kosztował o 84 proc. więcej, a zestaw z burgerem był niemal o połowę droższy niż poza terminalem. Wyższe koszty bezpieczeństwa, pracy i dostaw rzeczywiście wpływają na ceny, ale nie wyjaśniają całej różnicy. Drugim elementem jest ograniczona konkurencja. Pasażer, który przeszedł kontrolę bezpieczeństwa i spieszy się do bramki, ma często niewielki wybór, a czasem nie ma go prawie wcale.
Od dworca do centrum handlowego
Lotniska nie zawsze przypominały dzisiejsze centra handlowe. W pierwszej połowie XX wieku były bliższe dworcom, a ich zarządcy szukali dodatkowych źródeł przychodów między innymi w parkingach, tarasach widokowych i płatnych toaletach. Z czasem zaczęły rozwijać gastronomię i handel. W połowie ubiegłego wieku restauracje na lotniskach odwiedzali nie tylko pasażerowie, lecz także mieszkańcy okolicznych miast. Dla części z nich były to miejsca na ważne uroczystości, takie jak rocznice czy bale maturalne.
Punktem zwrotnym w Stanach Zjednoczonych był 1978 rok, gdy Kongres zlikwidował część regulacji w branży lotniczej i pozwolił przewoźnikom samodzielnie ustalać taryfy oraz trasy. Ceny biletów spadły, a latanie stało się dostępne dla znacznie większej liczby osób. W kolejnej dekadzie liczba podróżujących samolotami w USA niemal się podwoiła. Rosła także liczba lotów z przesiadką, więc pasażerowie spędzali w terminalach więcej czasu. Lotniska zaczęły traktować sklepy i restauracje jako ważne źródło wpływów. Na początku lat 90. port w Pittsburghu przekształcił terminal w centrum handlowe. Miał ponad 100 sklepów i restauracji, a jego przychody wzrosły o 75 proc. w ciągu sześciu lat, bez podnoszenia cen. Pomagała zasada street pricing, zgodnie z którą ceny miały odpowiadać stawkom poza lotniskiem.