Lewis Hamilton zaliczył efektowny przyjazd do Monzy swoim Ferrari F40. Siedmiokrotny mistrz świata Formuły 1 pojawił się przed zapleczem toru w czwartek rano, a następnie pozował do zdjęć przy samochodzie. Ubrany w garnitur, krawat, kapelusz i płaszcz stworzył obraz pasujący do miejsca nazywanego Świątynią Prędkości. Nie był to jednak przypadkowy pokaz samochodu. F40 ma dla Hamiltona znaczenie wykraczające poza wartość kolekcjonerską, a jego prezentacja była świadomym nawiązaniem do historii Ferrari.
Ferrari F40 jako motoryzacyjna kapsuła czasu
Hamilton opowiadał, że od dawna szukał F40, ale zależało mu na egzemplarzu z niskim przebiegiem i własną historią. W jego ocenie wiele samochodów pojawiających się w ostatnich latach na aukcjach nie było wystarczająco wyjątkowych. Część miała odnowione lakierowanie albo inne zmiany, które odbierały im autentyczność. Poszukiwany przez kierowcę egzemplarz kupił wcześniej właściciel, który przejechał nim z Maranello do domu. Trasa miała 69 kilometrów, po czym samochód został zaparkowany i, według relacji Hamiltona, już nie został uruchomiony.
Stan auta postawił nowego właściciela przed nietypowym wyborem. F40 przez lata pozostawało niemal nietknięte. Drzwi od strony pasażera nigdy nie otwierano, a samochód był przykryty i pokryty kurzem. Hamilton rozważał, czy zachować je jako nieruszony obiekt kolekcjonerski, czy przywrócić je do stanu pozwalającego na normalną jazdę. Ostatecznie wybrał drugą opcję. Samochód przeszedł prace w Maranello, ponieważ kierowca chciał korzystać z niego na drodze, a nie tylko przechowywać go jako eksponat.
- Egzemplarz trafił do Hamiltona po wcześniejszym przejechaniu 69 kilometrów z Maranello do domu właściciela.
- Po rozebraniu auta i sprawdzeniu jego podzespołów niemal wszystko nadal działało.
- Drzwi pasażera wcześniej nie były otwierane, a samochód zachował ślady wieloletniego przechowywania.